Myslalam- dozyc chwili, kiedy
Ten pierwszy Krzyk ustanie-
A juz mnie Fortepiany Borow
Nie wciagna w paszcz otchlanie-
Z lekiem myslalam spotkaniu
Z Zonkila Suknia Zlota-
Przeszylaby mnie na wskros swoja
Jaskrawo obca moda-
Pragnelam, aby trawa rosla
Szybciej- gdy juz przestanie,
Niech bedzie zbyt wysoka, aby
Zgory spogladac na mnie-
Nie moglam scierpiec mysli o tym,
Ze wroca Pszczoly- niechaj
Spia w mrocznych krajach- czyz zna ktoras
Slowo, na jakie czekam?
Sa jednak tu; nikt z nich nie zawiodl-
Ni Kwiat, ni skrawek Darni
Nie wstrzymal sie, by nie urazic
Mnie- Krolowej Kalwarii-
Dziecinnym Pioropuszem macham
Gdy salutuja- wierni-
I godze sie- po sierocemu-
Na bezmyslnosc ich Werbli-
Zbyt ciemno bylo w gestwinie,
By fruwac z galezi na galaz:
Spiew- juz tylko tym jednym
Ptak mogl sie zajac.
Z blasku zachodu slonca
Przetrwalo pasemko cienkie
W ptasim glosie- dosc, by po ciemku
Skonczyc piosenke.
Przez mrok lesnych kolumnad
Plynela muzyka drozda,
Prawie wezwanie: wejdz w ciemnosc,
Gdzie bol i grozba.
Nie, ja chcialem wpatrywac sie w gwiazdy
Ku ciemnosci odwrocony tylem.
Nie wszedlbym nawet naprawde
Proszony; a nie bylem.
Zwlokom stulecia rozciagnietym
Podobny byl ten swiat
Pod plyta chmur i pod lamentem,
Ktory go zegnal wiatr.
Ustal odwieczny puls urodzin
I wszelki duch u bram
Jalowych, mroznych, mrocznych godzin
Stal dretwo- jak ja sam.
I nagle z gory przez korony
Odartych z lisci drzew
Dobiegl radosny, nie zmacony,
Niepowtarzalny spiew;
To nikly, watly, rzadkie pierze
Stroszacy w wichrze drozd
Rzucil w twarz pustce i niewierze
Wlasnego wnetrza glos.
I tak doglebnie bezasadny
Byl ekstatyczny hymn,
Tak calkiem nie mial racji zadnej
w swiecie- przynajmniej w tym-
Ze czulem przez rozwibrowana
Radosc ptaka, na dnie,
Jakas nadzieje, jemu znana
a nie dostepna mnie
